czwartek, 8 października 2020

"Cierpkie grona" Zofia Mąkosa


 Tytuł: "Cierpkie grona"
Autor: Zofia Mąkosa

Cykl: Wendyjska Winnica (tom I)

Wydawnictwo: Książnica


   Istnieją książki, które wbijają się w pamięć na długo, a bywa też, że na zawsze. Do nich należą „Cierpkie grona” autorstwa Zofii Mąkosy będące pierwszą częścią sagi „Wendyjska Winnica”.

To napisana z epickim rozmachem opowieść historyczno-obyczajowa, którą czyta się jednym tchem, na długie godziny przenosząc się do przedwojennego Altreben (obecny lubuski Chwalim) na pograniczu niemiecko-polskim.
Żyją tu niemal obok siebie zarówno Niemcy, potomkowie słowiańskich Wendów, jak i Polacy. Powieść rozpoczyna się w 1938 r., kiedy to poznajemy Martę Neumann i jej najbliższych wiodących spokojne życie w gospodarstwie i winnicy, w których rytm wyznaczają pory roku. Niezwykle plastyczne opisy ówczesnej rzeczywistości powodują, że czytelnik ma wrażenie podróży w czasie, razem z bohaterami pracując w polu, pijąc wino z własnej winnicy, czując zapach wypiekanego chleba.

Karty tej książki są wypełnione również emocjami, które pod wpływem zbliżającej się wojny, wydobywają z ludzi coraz gorsze cechy. Nazizm wkracza w życie bohaterów, powoduje, że najbliżsi sąsiedzi przestając sobie ufać i tracą poczucie bezpieczeństwa. Społeczeństwo, które jeszcze niedawno na pierwszym miejscu stawiało religię, teraz wiarę musi chować głęboko, by bić pokłony Hitlerowi. Marta jest przeciwna wojnie, ale jej mąż Walter, będący urzędnikiem partyjnym i córka Matylda, przychylnie patrzą na działania Hitlera. Walter odcina się od własnej bratowej Żydówki, która w Berlinie usiłuje uchronić swoje dzieci przed nazistami. Nastoletnia Tila, ogarnięta fascynacją Führerem wstępuje do Związku Niemieckich Dziewcząt (BDM), w której przygotowywana jest ideologicznie i fizycznie do wojny.

W końcu wybucha wojna i życie na wsi przestaje być sielanką, mężczyźni zostają wcieleni do armii niemieckiej, w gospodarstwach zostają niemal same kobiety, które muszą oddawać większość plonów dla wojska. Marcie Neumann z czasem do pomocy zostają przydzieleni polscy robotnicy przymusowi, a Matylda zostaje wysłana do wsi w centralnej Polsce, aby tam w gospodarstwach wygnanych Polaków, przygotować domy dla niemieckich osadników z Wołynia. Kuzynka Marty, Polka Janka Kaczmarek, zostaje przez Gestapo aresztowana pod zarzutem szpiegostwa. W Neumannów boleśnie uderza wojna niosąc za sobą tragedie i odciskając straszne piętno na życiu wchodzącej w dorosłość Matyldy.

Autorka pisze piękną polszczyzną, bardzo wiarygodnie łączy fakty historyczne z fikcją literacką, dając nam powieść o więzach rodzinnych i sile kobiet; a pokazując wojnę z drugiej strony, powoduje, że Niemcy już nie są dla nas tak jednoznaczni. Zaczynamy widzieć w nich ludzi zniszczonych przez narzuconą im ideologię.
Powojenne losy Matyldy Neumann autorka opisuje w dwóch kolejnych tomach, w „Winnym mieście” oraz we wzruszającej „Dolinie nadziei”, które również polecam.

niedziela, 13 września 2020

"Saturnin" Jakub Małecki

 

Tytuł: „Saturnin”

Autor: Jakub Małecki

Wydawnictwo: SQN

Rok wydania: 2020


Jakub Małecki to utalentowany pisarz, którego kolejne książki „biorę w ciemno". Czytam Małeckiego, bo lubię, a właściwie to uwielbiam jego prozę.
Na "Saturnina" czekałam z niecierpliwością, bo ostatnimi czasy coraz trudniej znaleźć powieść, która potrafi mną zawładnąć. Moja cierpliwość została nagrodzona, bo lektura nowej książki pana Jakuba spełniła moje oczekiwania.

Autor kusi nas intymną opowieścią o wiodącym nudne życie w Warszawie trzydziestoletnim Saturninie Markiewiczu, który pewnego dnia dowiaduje się od matki, że jego niemal stuletni dziadek Tadeusz nagle zaginął. Satek niemal natychmiast jedzie do domu rodzinnego na Kujawach, aby odnaleźć dziadka; trudnego we współżyciu, małomównego, z dziwnymi zwyczajami, żyjącego pracą, człowieka, o którym najbliżsi tak naprawdę niewiele wiedzą. Niewiele wiedzą, bo w tej rodzinie właściwie nigdy szczerze nie rozmawiano. Każdy był zamknięty w sobie. Przyjazd do rodzinnego domu uruchamia w Saturninie wspomnienia z dzieciństwa i młodości, w której brakowało ojca. Ojciec pojawiał się tylko wtedy, gdy jego choroba psychiczna na to pozwalała. Satek całe życie walczy z brakiem pewności siebie. Pomóc mu miała pasja, jaką miało być podnoszenie ciężarów, Zdobył nawet mistrzostwo Polski, ale ciężka kontuzja wykluczyła go całkowicie z jakiegokolwiek sportu. Ciągle brakuje mu wsparcia ze strony najbliższych. Dziadek zostaje odnaleziony blisko dwieście kilometrów od domu, nad rzeką Bzurą. Jak i z jakiego powodu się tam znalazł?

Małecki zaczyna wyjawiać wojenną przeszłość Tadeusza w sposób dla siebie charakterystyczny, stosując zabiegi, które lubię w jego prozie. Nadają jej one innego wymiaru, który przenosi mnie w świat powieści, gdzie zapominam o otaczającym mnie świecie.

Realizm magiczny jest tutaj jak najbardziej na miejscu, wzmacnia przekaz, udanie pokazując okrucieństwo wojny, ból, rozpacz, strach, i doznaną krzywdę.

Narracja jest tutaj zarówno pierwszoosobowa, jak i trzecioosobowa; przeplatają się głosy kilku osób: Saturnina, jego matki (w formie listów), dziadka Tadeusza i zmarłej ciotki Ireny.

„Saturnin” jest książką, w której każde słowo ma swoją wagę, a co najważniejsze, ma wielką moc sprawczą. Sprawczą, ponieważ uruchamiając wyobraźnię czytelnika, włącza równocześnie współodczuwanie. Zdarzało mi się podczas lektury ciężko westchnąć w głos: „ojezusiemaryjo!” a nawet złapać bezdech.

To kolejna powieść Małeckiego, do której z całą pewnością będę wracać. I nie będę z tym zwlekała, bo audiobook w wykonaniu m.in. Macieja Stuhra brzmi niezwykle kusząco.

piątek, 28 sierpnia 2020

„Niedźwiedź i słowik”


 

Tytuł: „Niedźwiedź i słowik”

Autor: Katherine Arden

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza

Rok wydania: 2020


Dawno, dawno temu będąc jeszcze młodym dziewczęciem, uwielbiałam rosyjskie baśnie i bajki, ale że życie to nie bajka, czas nie stoi w miejscu, dorosłam, a dziecko moje też już dawno pełnoletnie, to i wydawało się, że tego typu książka już nie dla mnie. Pewnego sierpniowego dnia ( albo nocy), dobry domowy skrzat Czytadełko, skusił mnie świetną recenzją Doroty Ch. i pod wpływem chwili kupiłam Trylogię Zimowej Nocy Katherine Arden.

Wziąwszy do ręki „Niedźwiedzia i słowika”, przepadłam w już po przeczytaniu kilku stron. Na dalekiej, średniowiecznej Rusi, gdzie ostra zima trwa wiele miesięcy, a ludzie żyją w równowadze z przyrodą, z pogańskimi bogami i Bogiem, pojawia się mroczny cień nadciągającego zła. Zło pojawia się posiłkowane strachem  fanatycznie nabożnej Anny Iwanownej, macochy Wasilisy, dziewczyny, która ma właściwości pozwalające słyszeć i widzieć rozmaite skrzaty domowe, które opiekują się domostwami.  Skrzaty niewiele oczekują  za swą pomoc, wystarczą ofiary w postaci kawałka chleba i miseczki mleka oraz szacunek. Jednak tej skromnej zapłaty zakazuje Anna. Duszki słabną, a na wioskę zaczynają spadać nieszczęścia. Wasia, dziewczyna bardzo odważna i inteligenta robi wszystko, co w jej mocy, aby chronić rodzinę. Niedawno przybyły pop, krzewiący  wiarę w jednego Boga, straszy ludzi gniewem bożym i napełnia ich lękiem przed nimi samymi. Domowe duszki słabną i nikną z braku wiary i szacunku, a licho w czarnym, głębokim lesie budzi się ze snu...  

Powieść czyta się bardzo dobrze, akcja jest zrównoważona, napięcie rośnie powoli, powodując, że czytelnik czeka na to co nieuniknione.  Łatwo się w niej zatracić czytając o skrzacie Wazile, Domowniku, Leszym, o Rusałce, Wodniku, dobrym Słowiku czy wreszcie o Morozko, groźnym niebieskookim królu zimy.   

No, i ta okładka. Bajeczna i straszna zarazem, magnetyczna, obiecująca dobrą przygodę. Czas spędzony z „Niedźwiedziem i słowikiem” był miłym powrotem do przeszłości. Odmłodniałam duchowo przy niej, czego i Wam życzę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

"Czereśnie będą dziczeć" Mariola Kruszewska

 

Tytuł: "Czereśnie będą dziczeć"
Autor:  Mariola Kruszewska
Wydawnictwo w Podwórku
Rok wydania: 2017

 


Liczący zaledwie 145 stron zbiór opowiadań "Czereśnie będą dziczeć" pokonuje jakością przekazu niejedno opasłe tomiszcze.
Mariola Kruszewska przedstawia zwykłych ludzi, przesiedleńców ze Wschodu , którzy na "poniemieckiej" ziemi próbują normalnie żyć, ale ciągle czując ducha wypędzonych Niemców, nie mają pewności jutra. Opowiadania, będące z pozoru odrębnymi historiami, łączą ludzie,  których historie przeplatają się ze sobą, a ich poczynania mają ogromny wpływ na los innych.  Mają oni za sobą niewyobrażalne dla nas przeżycia związane z wojną, jak chociażby rzeź wołyńska, wywołująca "sny barwione płomieniami" czy wielomiesięczne transporty na Ziemie Odzyskane. 
Żałuję, że ta piękna proza nie jest szerzej znana, bo język i styl tych opowiadań jest delikatny, piękny, barwny, ale jednocześnie oszczędny, bez nadużywania patetycznych zwrotów i tak naładowany emocjami, że podczas lektury zdarzyło mi się niejednokrotnie uronić łzę czy złapać bezdech ("Zaterkotał automat. Kartofle potoczyły się z fartucha w piach").
 
Warto przeczytać i polecać innym, bo takich perełek literackich w literaturze polskiej nie ma wiele. 


wtorek, 19 maja 2020

"Cyklon. Prawda, której nikt nie chciał poznać" Przemysław Semczuk


Tytuł: "Cyklon. Prawda, której nikt nie chciał poznać "
Autor: Przemysław Semczuk
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2020
Forma: e-book (za pośrednictwem Legimi)



W 2007 roku, w tygodniku Newsweek Przemysław Semczuk opisał historię Eduarda Lubuscha vel Bronisława Żołnierowicza, SS-mana, który zdał egzamin z człowieczeństwa, pomagając więźniom (także w ucieczce) w KL Auschwitz. Lubusch był dziadkiem żony autora, a powieść jest stworzona, jak czytamy
w posłowiu, z wydarzeń zrekonstruowanych na podstawie przekazów rodzinnych i dostępnych dokumentów w sposób prawdopodobny. W Muzeum Auschwitz znajduje się wiele powojennych relacji byłych więźniów, którzy pochlebnie wypowiadali się o dwudziestoletnim SS-manie. 

Zaczynając lekturę, należy mieć na uwadze, że nie jest to literatura obozowa ani stricte literatura faktu. To bardzo dobra powieść  będąca fabularną rekonstrukcją rodzinnej historii, która wciąga od pierwszych stron. 

Na pogrzebie matki Katarzyny, młodej i energicznej bizneswoman, spotyka się kilka osób, a stypa staje się okazją do rozmów i wylania dawnych rodzinnych żalów. Katalizatorem jest pojawienie się Małgorzaty, która okazała się przyrodnią siostrą Kasi, o której istnieniu nikt jej wcześniej nie poinformował. Siostry próbują wyjaśnić, dlaczego ta druga zaraz po urodzeniu została oddana do adopcji. Co, albo strach przed czym, skłoniło dziadków  do tak drastycznego kroku,  i czego lub kogo się obawiali. 
Powoli poznajemy motywy ich działania. Pod wpływem emocji zaczyna się wyjawianie prawdy, będącej jak burza, która dopiero się zaczyna:
 "Jest jak cyklon. Powoli nabiera rozpędu, aby wreszcie uderzyć z całą siłą. Zmieść wszystko, co spotka po drodze...".  
Historia opowiadana przez wuja Stanisława przenosi czytelnika w czasie, w okres II wojny światowej, do obozu Auschwitz, ale też w lata 60. ubiegłego wieku. Czytając powieść, na podorędziu miałam książkę wydaną w 1980r." Oświęcim w oczach SS" ze wspomnieniami Hoessa, Broada, Kremera, aby doczytać wątki oświęcimskie.

Mylące jest kwalifikowanie tej powieści przez niektóre portale do gatunku thrillera czy powieści sensacyjnej. "Cyklon" to proza obyczajowa oparta na prawdziwych wydarzeniach, trzymająca w napięciu, poruszająca emocje, nakazującą się zatrzymać i zastanowić, czy i nasza rodzina nie skrywa tajemnic związanych z trudną historią naszego kraju, czy jesteśmy pewni, co robili nasi dziadkowie podczas wojny i w trudnych czasach komunizmu. Czytając, musimy pamiętać, że wspomnienia z czasem zmieniają barwę, niektóre fragmenty zostają wyolbrzymione, czasami wręcz nadpisane, a inne zostają gdzieś w kąciku zapomniane. Bardzo trudno jest zweryfikować prawdziwość wszystkich fragmentów nie mając pełnej dokumentacji, a Przemysławowi Semczukowi udało się z tych kawałków rodzinnego domina, złożyć interesującą opowieść rodzinną z wielką historią w tle, podkoloryzowaną nieco jak stary, powojenny film.  Muszę przyznać, że przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem, bo lubię dwutorowość czasową, interesują mnie rodzinne historie mające wpływ
 na kolejne pokolenia. 


Polecam, warto przeczytać.  










  

wtorek, 21 kwietnia 2020

Polski Indiana Jones


Tytuł: "Boski znak"
Autor: Krzysztof Bochus
Cykl: Adam Berg (tom II)
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Rok wydania: 2020
Forma: e-book


Z góry wiedziałam, że spotkanie z Adamem Bergiem (znanym już z „Listy Lucyfera”) będzie bardzo udane. Nie myliłam się. Absolutnie.

Tym razem, dziennikarz śledczy zostaje wynajęty przez grupę najbogatszych Polaków do odnalezienia skarbów ukrytych na Zamku Czocha. Ostatni właściciel zamku, Ernst Gütschow , przy pomocy zaufanych służących, ukrył wspaniałą kolekcję dzieł sztuki i cenny księgozbiór. Podzielił go na trzy części i schował na terenie zamku. Dwie skrytki zostały odnalezione, lecz trzecia do dzisiaj pozostaje w ukryciu.
Ale, nic nie jest takie, jakie się wydaje, osoby, które mogłyby pomóc w rozwiązaniu tajemnicy, giną w tajemniczych okolicznościach. Ktoś prześladuje Berga, bezcześci grób jego matki, podkłada narkotyki...

Akcja jest dynamiczna, wiele się dzieje, są pościgi, porwania, tajemnicze morderstwa, tajemnice, układy, intrygi. Drogi śledztwa wiodą nie tylko przez Polskę, lecz też przez Włochy, Niemcy, a nawet Bahamy.
Śmiało mogę stwierdzić, że główny bohater to taki prawie Indiana Jones, tylko w polskim wydaniu. Jest przystojny, jak bez mała Harrison Ford, ma równie szeroką wiedzę z zakresu historii sztuki; ale, niestety, nie jest tak sympatyczny, jak Indiana. Kobiety lgną do niego jak do Jamesa Bonda, próbując go wykorzystać. Z Bondem łączy go siła i odwaga, podnosi się prawie po każdej porażce. Słucha dobrej muzyki, m.in. Orkiestry Męskiego Grania. Ale bywa też irytujący, wręcz obsesyjnie myje ręce. Stop. Obsesyjne mycie rąk w czasie pandemii jest raczej zaletą, prawda?

Krzysztof Bochus to kolejny pisarz, który nie uprawia „bylejakości" językowej, szanuje czytelnika i dba o jego komfort. Również dbałość o szczegóły i o fakty historyczne zasługuje na pochwałę, widać w tym kunszt dziennikarski.




środa, 15 kwietnia 2020

"Wotum" Maciej Siembieda



Tytuł: Wotum
Autor: Maciej Siembieda
Wydawnictwo Agora
Rok wydania: 2020



Maciej Siembieda długo kazał czekać na kolejne spotkanie z sympatycznym prokuratorem IPN Jakubem Kanią. Swą nową opowieść oparł na kanwie prawdziwych wydarzeń współczesnych i faktów historycznych łącząc je w wyważony sposób z fikcją literacką.

Udało się to znakomicie, bo nie sposób jest oddzielić prawdę od fikcji. Akcja powieści rozpoczyna autentycznym zdarzeniem, które miało miejsce 9 grudnia 2012 r. kiedy to doszło do zamachu na Jasnogórski obraz Matki Boskiej. Przed zniszczeniem obraz uratowała pancerna szyba. Definitor zakonu Paulinów podejrzewając działanie tajemniczej sekty, dyskretnie angażuje Jakuba Kanię do rozwiązania zagadki. Jak to bywa u Pana Macieja, trop wiedzie ku odległej przeszłości, gdzie zaczyna się za czasów króla Jana Kazimierza, by skończyć się współcześnie. Niemal każdy zna „Potop” Henryka Sienkiewicza i opis bohaterskiej obrony Częstochowy, a „Wotum” otwiera nam oczy, dostajemy prawdziwy obraz oblężenia Jasnej Góry. Odwiedzamy z prokuratorem Kanią paryskie opactwo Saint-Germain-des-Prés, gdzie przebywa brat Roger, przeciwnik handlu dewocjonaliami; aby w końcu znaleźć się w małej wiosce gdzieś na Opolszczyźnie. Tam, podczas potopu szwedzkiego, ukrywany był obraz Czarnej Madonny, a co najważniejsze, do dziś jest tam wierna kopia tak ważnego dla polaków obrazu. Jednakże istnieje duże prawdopodobieństwo, ze w tym kościółku znajduje oryginał, a nie kopia obrazu. Jakub nie byłby sobą, gdyby nie zainteresował się tym wątkiem śledztwa. Sprawa komplikuje się, gdyż do sprawy włącza się dyskretnie Kościół, któremu działania Kani, delikatnie mówiąc, nie pasują. Po drodze mamy handel dewocjonaliami, kradzieże dzieł sztuki, porwania, Szamana stojącego na czele Wspólnoty-sekty leczącej bioprądami i lewoskrętną witaminą C (brzmi znajomo, prawda?).

„Wotum” to doskonałe połączenie powieści sensacyjnej z faktami historycznymi i obyczajowym wątkiem Jakuba. Życie prywatne niezwykle inteligentnego, spokojnego i rodzinnego prokuratora uwielbiającego eklerki i kawę, nawiedzi istne trzęsienie ziemi, które wyciśnie z czytelnika łezkę.

Jestem niezmiernie rada, że pan Maciej nie tworzy swych powieści w stylu i tempie iście olimpijskim. Powieść czyta się doskonale, spokojnie, ale z niezmierną ciekawością. Cenię u Autora dbałość o szczegóły (lecz bez dłużyzn), bazowanie na faktach historycznych, pobudzanie ciekawości czytelnika i tę normalność pozwalającą identyfikować się z bohaterem. Nie ukrywam, że autor rozbudził moją ciekawość, a wręcz zmusił (co było dla mnie przyjemnością) do poszukania i „doczytania” o faktach przedstawionych w powieści. Dzięki Google mogłam przyjrzeć się miejscom odwiedzanym przez Jakuba, oglądać z nim obrazy.

Uwielbiam wysmakowane pióro Macieja Siembiedy, kiedy trzeba ostre, zadziorne, ale też urocze, pełne humoru („Jeśli rzeczywiście ludzie pochodzą od małpy, to prokurator Jakub Kania pochodził od beagle'a, a raczej-biorąc pod uwagę skłonność do nadwagi – od basseta”.).

To powieść, którą należy przeczytać, nawet jeśli wcześniej nie czytało się poprzednich części. Jednakże namawiam, abyście skusili się na „444” i „Miejsce i imię” - nie zawiedziecie się.


wtorek, 24 marca 2020

"Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne" Mikołaj Grynberg


Tytuł: Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne
Autor: Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2018



Książka jest zbiorem dwudziestu kilku rozmów z dziećmi ocalałych z Holokaustu. Zbiorem, który czyta się powoli, odkładając co jakiś czas, aby nabrać sił po dużej dawce emocji najcięższego kalibru.
Wiele się mówi o ocalałych, ale niewiele o tym, jak te straszne przejścia wpłynęły na życie ich dzieci, a nawet wnuków. 
Mikołaj Grynberg, fotograf i pisarz (autor m.in. Ocalonych wieku XX), z wykształcenia psycholog, w bardzo szczerych, osobistych, często intymnych a nade wszystko trudnych rozmowach przedstawia obraz drugiego pokolenia ocalałych. 
Rozmowy z nimi przeprowadzał od kilku lat, odwiedzając swych rozmówców w wielu krajach (m.in. W Izraelu, Francji, Stanach Zjednoczonych, Polsce). Grynberg jest również dzieckiem ocalałych z Holokaustu, a z rozmówcami łączy go to, „że mieliśmy nie istnieć, bo już naszych rodziców miało nie być” i przez to budzi zaufanie rozmówców, którzy odkrywają przed nim swoje najskrytsze uczucia.
Dużo z tych osób zmaga się z problemami natury psychicznej, z nadmiernym smutkiem, irracjonalnym strachem.
Większość ocalonych zataiła swoją wojenną okrutną historię przed dziećmi, nie wspominając ani słowem o tym. Drugiemu pokoleniu brakuje korzeni. Lili z Tel Awiwu (urodzona w 1947 r.) wspomina, że długo myślała, że słowo "dziadek" to zawód lub instytucja, bo rodzice robili wszystko, aby dzieci myślały, że wcześniej nic nie było. Często rodzice ukrywali, że obecna rodzina jest drugą, bo przed wojną już posiadali małżonków i dzieci, którzy zginęli. Dzieci często przypadkiem dowiadywały się o tym, że rodzic jest ofiarą Holokaustu, albo z opowieści innych, czy też, kiedy oni sami opowiadali o sobie innym. Swoje lęki trzymali dla siebie, a one odbijały się na życiu kolejnych pokoleń. Ich życie codzienne było trudne, obarczone często skrajnymi zachowaniami, dla przykładu: oszczędzanie jedzenia, aby starczyło na dłużej albo wmuszanie jedzenia dzieciom („Nie chcesz kolacji? My w Auschwitz...”); nadmierna troska lub zobojętnienie i zostawianie dzieci samym sobie.
Byli też tacy ocalali, którzy korzystali w pełni z drugi raz ofiarowanego im życia, ukrywając przed dziećmi i otoczeniem, że są Żydami, zmieniali swoje żydowskie imiona i nazwiska.
Oczywiście nie wszyscy ukrywali swoją tragiczną przeszłość, byli też tacy, którzy obarczali swe dzieci wspomnieniami, i jak mówi Lea Wolinetz z Nowego Jorku (urodzona w 1948 r.) „Byłam odpowiedzialna za utrzymanie ich przy życiu”, bo jako jedyne dziecko musiała żyć z ich przedwojenną historią z Częstochowy i ciągle czuła się odpowiedzialna za rodziców. Przejęła ich rolę.

Jeden z rozmówców, mieszkający w Tel Awiwie Jossi (urodzony w 1960 r.)wysnuwa radykalny wniosek, że ci, którzy ocaleli „są największym zwycięstwem Hitlera. Gdyby zginęli, to po nich wszystko by się zakończyło, ale Hitler ich wypuścił. Pozwolił im robić dzieci i dalej psuć świat".

Zapraszam do lektury.

niedziela, 8 marca 2020

"Diabeł chodzi tam na palcach"

Tytuł: "Martwy sad"
Cykl: "Cienie przeszłości"
Autor: Mieczysław Gorzka
Wydawnictwo: Bukowy Las




Coraz trudniej znaleźć interesujący i trzymający w napięciu thriller, więc jestem niezmiernie rada, że „Martwy sad”, pierwsza część cyklu „Cienie przeszłości”, spełnił te warunki.

Na jednym z wrocławskich osiedli dochodzi do makabrycznego zabójstwa kobiety. Na miejsce zdarzenia zostaje skierowany komisarz Marcin Zakrzewski, który ścigając w ciemnościach mordercę, zostaje przez niego zraniony, a przy tym otrzymuje od niego tajemniczy przekaz, że „Widziałem, jak diabeł chodzi tam na palcach”. To zdanie z pozoru pozbawione sensu wzbudziło w Zakrzewskim niepokój, ponieważ te same słowa usłyszał trzydzieści lat temu (w 1981 r.) od dwunastoletniego brata bliźniaka, który wkrótce po tym zaginął w podwrocławskiej wsi Szczepanów, gdzie wówczas mieszkali. Sprawa zaginięcia Ryszarda do dziś jest nierozwiązana. Marcin, postanawiając wrócić do sprawy brata i odkrywa, że już od 1949 roku aż do 1981 r., regularnie co cztery lata we wrześniu, w Szczepanowie lub w okolicznych miejscowościach znikał chłopiec w wieku zbliżonym do Ryśka. Śledztwo zostaje wznowione, tym bardziej że wydaje się, że współczesna sprawa zabójstwa kobiety zaczyna zazębiać się ze starymi zaginięciami.

Książka wciąga od pierwszych stron, powodując dreszcz podświadomego strachu, kiedy razem z Komisarzem odwiedzamy stary sad przy kościele w Szczepanowie, będący miejscem, o którym od dawien dawna krążyły legendy o złu je nawiedzającym. Autor świetnie oddał atmosferę tego miejsca, miałam wrażenie, że za chwilę zza mojego ramienia wyskoczy jakiś ktoś lub coś. Już dawno nie odczuwałam takich emocji podczas lektury. To miejsce przyciąga Marcina niczym magnez, od wielu lat będąc przedmiotem jego koszmarnych snów. Podświadomość daje znać o sobie. Zagrożenie, które dotyka jego najbliższych, potęguje wspomnienia, które budzą pamięć, która wyparła ze swoich zasobów wydarzenia związane z bratem.

Aby nie było tak strasznie, jest i wątek romansowy. Współprowadząca śledztwo Paulina Czerny, to stara znajoma Marcina ze studiów, podczas których nic, oprócz złośliwości wobec siebie, ich nie łączyło. Teraz zupełnie odmienne uczucie wybucha niczym petarda. Wątek ten momentami studzi emocje związane ze strachem, rozluźnia atmosferę, ale mógłby być nieco mniej rozbudowany, chociaż przyznać muszę, że prowadzony jest ze smakiem.

Dużym plusem jest to, że Marcin Zakrzewski różni się od typowych gliniarzy przedstawianych na ogół w kryminałach. Nie posiada rodziny, ale nie jest alkoholikiem po przejściach, budzi sympatię, pozwala się z sobą utożsamiać.

Co prawda, dosyć wcześnie domyśliłam się, kto lub co za tym wszystkim stoi, ale zapewniam, że to absolutnie nie wpłynęło na jakość czytania. Z niecierpliwością czytałam, co będzie dalej, bo do końca jednak nie można było przewidzieć, do czego jeszcze morderca jest zdolny.

Język, którym posługuje się autor, czyni tę powieść przystępną dla czytelników w różnym wieku, czyta się ją bardzo dobrze, jest idealna na odstresowanie po tygodniu pracy, pozwala zagłębić się w świat bohaterów, wbić w klimat grozy i odizolować od rzeczywistości. Aż nie chce się wierzyć, że to właściwie debiut.

„Martwy sad” spełnił moje oczekiwania i dlatego z wielką przyjemnością sięgam po „Iluzję”, kolejną cześć z komisarzem Marcinem Zakrzewskim.

niedziela, 1 marca 2020

Paulina Jóźwik "Strupki"


Tytuł: "Strupki"
Autorka: Paulina Jóźwik
Wydawca: Wydawnictwo Znak literanova
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 256


Świetny debiut pisarski!
Zbyt łatwo opuścić miejsce urodzenia, swych najbliższych i oddać się życiu bez nich, ale jakże trudno jest powrócić do swych korzeni.

Trzydziestoletnia Pola wraca do rodzinnego domu, aby wziąć udział w ostatnim pożegnaniu babki Hani, która odeszła cichutko, bez świadomości kim jest, pokonana przez chorobę Alzheimera.
Babka była najbliższą osobą Poli i jej siostry Ireny, wychowywała je po tym, jak rodzice wyjechali do pracy za granicą. Starsza z sióstr, Irena, niezwykle pragmatyczna, mieszkała z babką na co dzień, biorąc na siebie cały ciężar opieki nad staruszką, która z dnia na dzień coraz mniej pamiętała i kojarzyła. Pola, wrażliwa i zamknięta w sobie opuściła siostrę i babkę, „uciekając” na studia do innego miasta, a po ich ukończeniu została tam i coraz rzadziej odwiedzała rodzinne strony.
Po długiej nieobecności w rodzinnej wsi Pola próbuje odkryć rodzinne tajemnice; ale, czy nie jest już na to za późno? Babcia nie żyje, stara ciotka zbyt skupiona na sobie, niewiele mówi, bo zajęta jest dyrygowaniem innymi. Ludzie zmienili się nie tylko fizycznie, ale też mentalnie, a powrót do dawnej miłości staje pod znakiem zapytania?
Mimo tego, że siostry różnią się, łączy je samotność, bo obydwie nie potrafią zbudować trwałego związku. Śmierć babki zbliża je do siebie, ożywają wspomnienia, konfrontują się z rzeczywistością.
Powieść podważyła strupek w mojej pamięci, powodując krwotok pięknych wspomnień związanych z moją babcią Olą, która podobnie jak babka Hania, odchodziła w niepamięć spowodowaną Alzheimerem. Niektóre opisy jak żywe obrazują moją Babcię (np. „Opatulała się warstwami ubrań, nawet kiedy przypiekało słońce”), w wielu retrospektywnych fragmentach czułam smaki i zapachy wakacji spędzanych u babci oraz babciną bezwarunkową miłość.
To nie tylko rzecz o zanikaniu pamięci, ale też o życiowych wyborach, które zmieniają bieg życia innych ludzi.
Powieść jest pięknie napisana, z dbałością o słowo. Czyta się ją wyśmienicie, z przerwami na własne wspomnienia.
Nasza pamięć nie jest wieczna, rozmawiajmy z bliskimi, zapisujmy ich wspomnienia, bo życie jest nieprzewidywalne.
„Babka umierała długo. Jej pamięć z każdym kolejnym dniem wypalała się jak las. […] Utraciła tożsamość. A wraz z nią wszystkie rodzinne historie...”

Dominika Słowik "Zimowla"


Tytuł: "Zimowla"
Autorka: Dominika Słowik
Wydawca: Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 617


Kolejna młoda polska autorka podbiła moje czytelnicze serce.

Gruba księga z hipnotyzującą okładką przyciąga jak magnes, a jej zawartość wciąga w opowiadaną historię od pierwszych stron.
O „Zimowli” można śmiało powiedzieć, że to „cud, miód i orzeszki". Dosłownie, bo są cudy, i to nawet trzy, przypisywane Maryji Stanowojennej. Jest miód z wielkich rzeźbionych uli o ludzkim kształcie, w którym zatopiony jest klucz do rozwiązania tajemnicy. Może nie ma orzeszków, ale są gruszki, które rosną na „trupich” drzewach, i zjadane są przez szponiaste kury towarzyszki Sareckiej.

Opowieść, z perspektywy upływu kilkunastu lat, snuje młoda Sarecka. Z pozoru jest to sielsko-anielski małomiasteczkowy obrazek Cukrówki przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku oraz roku 2005, w którym to roku ... a co w tym roku się zdarzyło, to trzeba przeczytać, bo Pani Dominika popełniła bardzo dobrą, magnetyzującą powieść, pełną pełnokrwistych, ale nie jednoznacznych postaci. Dorastająca młodzież , naukowiec z zanikami pamięci, ojciec uprawiający magię, babka-komunistka, matka-dyrektorka miejscowego muzeum i niespełniona historyczka, prezes Dygnar trzymający w szachu niemal całe miasto, jego naga córka lunatykująca po dachach, ksiądz i jego dzwonnica (niczym krzywa wieża w Pizie), tajemniczy Pszczelarz i topielec w jeziorze. Mnogość postaci w niczym nie przeszkadza, wchodzący w dorosłość nastolatkowie wydają się bardzo bliscy czytelnikowi.

Niemal każdy skrywa jakiś sekret, dzieją się dziwne rzeczy z pozoru niemające nic wspólnego z rzeczywistością, świat realny miesza się z tym nieznanym, ale czy na pewno?
Małomiasteczkowe układy, układziki, tajemnice, podejrzane interesy, objawienia, babizna przekazywana kolejnemu pokoleniu, szponiaste kury. Całe miasteczko czeka na coś, co może się wydarzyć, ale na co, nikt nie wie.

Powieść czyta się niespiesznie, ponieważ przywołuje nasze własne wspomnienia. Wielkim plusem jest staranność języka, jakim posługuje się autorka, nie ma tu bylejakości. Niektórych czytelników może zniechęcić mnogość opisów, ale mnie to odpowiada, ponieważ ostatnimi czasy zalewa nas „skrótowość” niczym w wiadomościach SMS a ja odczuwam czasami potrzebę zatopienia się w lekturę, zżycia się z postaciami, które wydają nam się znajome.

„Historie takie jak ta przepoczwarzają się, potwornieją, zaczynają żyć własnym życiem. Odrywają się nie tylko od opowiadających, ale przede wszystkim od tych, o których się opowiada.”

Polecam, naprawdę warto.



środa, 5 lutego 2020

Michelle Cohen Corasanti, Jamal Kanj „Oblubienica morza”





Wydawca: SQN
Przekład: Monika Wiśniewska
Rok wydania: 2018


Sięgając po tę książkę, z góry wiedziałam, że to będzie niezwykle poruszająca i pouczająca lektura, ponieważ już „Drzewo migdałowe” tejże autorki zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Autorzy głosami czterech osób przedstawiają historię uczucia na tle wieloletniego konfliktu izraelsko – palestyńskiego. Nietypowa narracja, bo prowadzona naprzemiennie w różnych dziesięcioleciach XX wieku, powoduje, że trudno ją odłożyć.

W 1932 roku Sara – młoda Żydówka i jej ojciec, uciekając z Rosji przed prześladowaniami komunistów, znajdują schronienie w Palestynie. W Rosji jako przedsiębiorcy handlujący ze Wchodem mieli wszystko, w Ziemi Obiecanej nie mają nic i zmuszeni są szukać pomocy u byłego arabskiego kontrahenta Omara Sultana. Sara zostaje opiekunką jego ciężko chorej żony.

Doktor Yuosef, syn Sultana jest zauroczony Sarą, rodzi się niełatwe uczucie, bo przecież różnią ich poglądy, historia, religia a przede wszystkim podziały społeczne. Z tego powodu ich związek z góry skazany jest na niepowodzenie na tle nabierającego rozpędu konfliktu izraelsko - palestyńskiego.

Na początku lat 80. XX w. zdolny nastolatek Ameer, palestyński uchodźca mieszkający w obozie w Libanie, wygrywa konkurs naukowy, który staje się dla niego drogą do innego życia, ale zanim wyjedzie do USA, znajdzie się w centrum masakry podczas izraelskiej inwazji na Liban, dającej początek Pierwszej Wojnie Libańskiej. Autorzy bardzo obrazowo przedstawiają życie w obozie dla uchodźców.

Rebeka, Amerykanka żydowskiego pochodzenie, w połowie lat 90. studiuje w Tel Awiwie, gdzie zaprzyjaźnia się z palestyńskim studentem, przez to poznaje siłę nienawiści Izraelczyków wobec Muzułmanów.

Autorzy – amerykanka Michelle Cohen Corasanti, pochodząca z konserwatywnej żydowskiej rodziny oraz Palestyńczyk Jamal Kanji urodzony w libańskim obozie dla uchodźców, doskonale się przeplatają w swojej opowieści, pokazując obydwie strony konfliktu. Powieść napisana jest dosyć prostym językiem, ale mnie to nie przeszkadza, bo w ten prosty, ale nie banalny sposób ukazują lata konfliktu pomiędzy tymi dwoma narodami i jego tragiczne skutki dla zwykłych, szarych ludzi. Powieść przepełniona jest emocjami, zarówno tymi wywołującymi uśmiech, jak i złość, oburzenie czy niemoc na zło.
Bohaterowie mogą się wydawać chwilami zbyt doskonali, ale mam wrażenie, że to celowy zamysł autorów, aby podkreślić to całe zło spowodowane przez konflikt izraelsko – palestyński.
Pomimo tego wszystkiego, a może dzięki temu miłość do rodziny i do drugiego człowieka stara się być poza wszelakimi podziałami, i daje nadzieję, że człowiek dla człowieka może być dobry i życzliwy.

środa, 29 stycznia 2020

"Życie za wszelką cenę" Lisa Genova

foto: Aneta Broniewska


Wydawca:  Filia
Przekład: Joanna Dziubińska
Typ publikacji: ebook
Format: EPUB + MOBI
Rok wydania: 2019


Nie mogę sobie przypomnieć książki, która by wzbudziła we mnie tyle emocji i łez co nowa powieść Genovy, znanej mi ze wzruszającego „Motyla” i „Sekretu O'Brienów".

Autorka jest doktorem neurobiologii i w swej powieści przedstawia historię bezwzględnego i podstępnego mordercy, jakim jest ALS. To choroba znana jako stwardnienie zanikowe boczne, której ulega wybitny pianista Richard. Rozwiedziony z Kariną, niespełnioną pianistką jazzową, która karierę poświęciła dla rodziny, nie utrzymuje kontaktu ani z nią, ani z dorosłą córką Grace.

Diagnoza o ALS jest dla niego końcem świata, bo egocentryczny muzyk nagle zostaje sam ze swoją chorobą, pozbawiony możliwości wykonywania muzyki, która jest dla niego najważniejsza, ważniejsza nawet od dziecka. Była żona przypadkowo dowiaduje się o jego chorobie, a widząc, że jest pozostawiony sam sobie, ogarnięta współczuciem postanawia zająć się chorym. Pomimo całej nienawiści i żalu, które trawi ich obydwoje, zamieszkują ponownie razem. . Karina, po rozwodzie nie zdążyła zając się sobą, a znów jej życie opanował Richard, ale tym razem z chorobą paraliżującą jego kolejne mięśnie w zatrważającym tempie. Autorka w bardzo obrazowy sposób pokazuje odczucia zarówno przerażonego chorego, jak i uzależnionej od jego choroby opiekunki, przez co często utożsamiałam się z Richardem (jest moim rówieśnikiem) i cierpiałam razem z nim, ale równocześnie z Kariną miałam ochotę „wyrwać mu wszystkie włosy z tej jego niewdzięcznej głowy”.

To książka nie tylko o ALS, ale też o braku miłości rodzicielskiej, o jej poszukiwaniu, o nienawiści, żalu, o zrozumieniu i wybaczeniu a w końcu o wyborze: „Albo jego życie, albo jej”. Końcówka powala na kolana, powoduje, że moje ustabilizowane lekami serce wpada w szaleńczy rytm, a łzy płyną niekontrolowanym strumieniem. Jedna chusteczka nie wystarczy...

Lisa Genova w odezwie do czytelnika napisała: „Mam nadzieję, że teraz lepiej rozumiesz, jak żyje się z tą chorobą”., a ja mam nadzieję, że po książkę sięgniecie także i Wy, bo pomimo tego, że nie jest łatwa w odbiorze, to jest warta, aby po nią sięgnąć i zrozumieć.

"Horyzont" Jakub Małecki

foto: Aneta Broniewska


Tytuł: Horyzont

Autor: Jakub Małecki

Wydawca: SQN

Data wydania: 18.09.2019

Liczba stron: 336






„Horyzont” to powieść, którą się smakuje, dawkuje po trochu, bo w zwartych zdaniach jest taki ogrom różnorodnych emocji, że wnikają w myśli, zmuszają do zatrzymania się na chwilę. Trudno mi było, tak od razu po przeczytaniu, sięgnąć po kolejną lekturę. Potrzebowałam czasu.
Powieść prowadzona jest przemiennie przez zaplątanych w przeszłość Mańka i Zuzę. On, były żołnierz – weteran wojny w Afganistanie, nie może pozbyć się widma wojny, które zawładnęło teraźniejszością i czyni go człowiekiem, który na dźwięk odkurzacza reaguje olbrzymim strachem, a zrobienie czegokolwiek jest olbrzymim wysiłkiem emocjonalnym. Zespół stresu pourazowego zawładnął nim całkowicie. Chce zapomnieć o niemożliwym do zapomnienia. Ona, żyjąca już na własny rachunek (ale wciąż emocjonalnie związana z ojcem i chorą babcią, którą codziennie odwiedza) próbuje poznać przeszłość, wyciągnąć prawdę z tajemnicy, która spowija jej najbliższych.
Oboje zagubieni, samotni, są sąsiadami „przez ścianę”. Mimo że czasami spędzają wieczory upijając się razem, to jednak są gdzieś daleko myślami do siebie. Z upływem czasu zaczynają zbliżać się do siebie, oswajać powoli demony przeszłości.

Ciekawym jest wątek pisania „powieści w powieści”, kiedy to Maniek Małecki tworzy swoje alter ego i pisząc powieść-bajkę, opowiada w ten sposób o tym, co się zdarzyło podczas jego wojennych misji.
Krótki, bo liczący zaledwie dwie strony, rozdział opisujący za pomocą niedopowiedzeń zbliżenie dwóch samotników jest bardzo sugestywny i wysmakowany.
Polecam, jako lekturę obowiązkową, w tym zalewie bylejakości i pośpiesznie pisanych czytadeł.

„Stara Słaboniowa i spiekładuchy" Joanna Łańcucka


foto: Aneta Broniewska




Czy można zakochać się w bohaterce książki, i to w wiejskiej staruszce? Można i to bez względu na płeć, wykształcenie czy wiek.

Akcja powieści zaczyna się w latach 80-tych XX w., a kończy w czasach nam współczesnych.
Teofila Słaboniowa jest niezwykle mądrą kobietą, wdową mieszkającą samotnie gdzieś na krańcu wsi. Samotną, bo dorosłe córki wraz z rodzinami mieszkają w mieście. Nikt nie wie ile ma lat, może sześćdziesiąt, może dziewięćdziesiąt. Mieszkańcy wsi coraz rzadziej wsi zwracają się do Słaboniowej z prośbą o pomoc w odczynieniu złych uroków, które powodują, że niemowlęta bez przerwy płaczą, młode dziewczyny popadają w obłęd, a śpiących coś poddusza. Ludzie Ci na ogół zarzekają się, że nie wierzą w zabobony, ale wyczerpawszy już wszystkie inne sposoby, począwszy od lekarza, a skończywszy na egzorcyzmach odprawianych przez księdza, ostatni ratunek widzą już tylko w Teofili. Posiada ona niezwykły dar, dar odczyniania złych uroków, a o słowiańskich demonach i o walce z nimi wie niemal wszystko. Autorka przedstawia, znane mi jeszcze dzięki książkom z czasów dzieciństwa: Zmorę, Strzygę, Południcę czy Kikimorę, które według wierzeń słowiańskich, przez wiele wieków były na polskiej wsi odpowiedzialne niemal za wszystko, co działo się inaczej niż zwykle. Stara Słaboniowa doskonale rozumie, że świat wręcz pędzi naprzód, a ludzie przestają wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone, ale pomimo to nadal dyskretnie pomaga, także w tych codziennych, zwykłych smutkach. Dla gościa ma zawsze zaparzone ziółka, ręcznie ukręconą babkę a nade wszystko dobre słowo. Teofila jest dobrą kobietą, ale jak wszyscy ludzie, skrywa też tajemnicę, którą być może, pozna czytelnik na końcu.

W tej pełnej uroku powieści otrzymujemy przekrój polskiej wsi, autorka pozwala nam obserwować z boku zachodzące tam zmiany obyczajów, ale też i samych ludzi. Mamy tu społeczeństwo wiejskie z przywarami, takimi jak pijaństwo, które mimo zachodzących zmian społecznych, nadal rządzi i poniewiera ludźmi. Autorka w usta mieszkańców, szczególnie tych starszych, wkłada gwarę wiejską, która pięknie komponuje się z całą fabułą i nadaje klimat powieści.


Książka miejscami powodowała, że przechodziły mnie ciarki, ale też wywoływała uśmiech, przeniosła mnie w krainę dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się baśniach i podaniach ludowych.


Jestem wdzięczna Autorce za realizm magiczny, jaki zastosowała w powieści, jakże odmienny od  treści ostatnio czytanych przeze mnie książek.





"Mr. Pebble i Gruda" Mariusz Ziomecki


foto: Aneta Broniewska
Po długim leżakowaniu w mojej biblioteczce, z powodu zniechęcającej objętości (900 stron) sięgnęłam po książkę "Mr. Pebble i Gruda" Mariusza Ziomeckiego i … przepadłam.

W latach 80-tych XX w. , poeta Jan Kamyczek, po samobójczej śmierci żony-opozycjonistki emigruje z synem do USA, bez prawa powrotu do kraju. Zrywa kontakty z polskimi znajomymi. Tam, po zmianie nazwiska na John Pebble, wiedzie spokojne życie jako nauczyciel akademicki, samotnie wychowując syna Antoniego, mającego zaburzenia rozwojowe (jest sawantykiem). Po jedenastu latach niespodziewanie odwiedzają go starzy przyjaciele z Polski, z informacją, że są nowe ślady dotyczące przyczyny samobójstwa Marietty. Jan vel John leci do Polski, aby tam zmierzyć się ze swoją przeszłością. Polska, którą odnajduje po przylocie, jest już zupełnie innym krajem, nastąpiły zmiany nie tylko polityczne, ale i społeczne. Dzieciństwo i młodość Jana, Marietty i ich przyjaciół przypadła na lata rządów Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Poprzez liczne retrospekcje autor przenosi nas w lata komuny, esbecji, Marca 1968r, wydarzeń radomskich 1976r., Porozumień Sierpniowych, stanu wojennego.

John Pebble jest bohaterem trochę denerwującym, nawet jego zmarła żona określała go „pasażerem na gapę w pociągu historii”, ponieważ to ona i ich przyjaciele bezpośrednio brali udział w ważnych dla Polaków wydarzeniach. Auror niezwykle interesująco i przejmująco przedstawia współczesną historię PRL-u, osadzając w centrum zdarzeń naszych bohaterów – opozycjonistów. Prześladowania, podsłuchy, aresztowania, przesłuchania, tortury...

Ta powieść to świetna lekcja historii w pigułce. Ziomecki wraca nie tylko do czasów PRL-u, ale również do czasów międzywojnia, czy powstania warszawskiego. Możemy znaleźć tu również ciekawą historię o pobycie Pabla Picassa we Wrocławiu.
A to wszystko w formie opowieści ludzi będących po dwóch stronach barykady.
„Ukryty podział na »onych« i nas – rządzących pezetperowców i całą resztę – istniał w Polsce od końca drugiej wojny światowej. Byliśmy pękniętym społeczeństwem”.

„Mr. Pebble i Gruda” to nie tylko historia, to również obraz rodziny, której daleko od ideału. Skomplikowane stosunki pomiędzy członkami rodziny budzą różne emocje.
Autor niezwykle obrazowo przedstawia wspomnienia Jana z dzieciństwa nad Drwęcą, z corocznych wakacji na wsi, tylko z pozoru sielskiej – anielskiej. Przepięknie opisał scenę polowania na monstrualnego suma, czy też scenę tornada, które zniszczyło gospodarstwo dziadka.
Ziomecki w swej powieści pokazał, jak wygląda oddanie i miłość samotnego ojca do dziecka, cierpiącego na niezwykle rzadką chorobę – sawantyzm.
Mało tego, Mariusz Ziomecki, okazał się również poetą. Na początku każdego rozdziału znajduje się wiersz autorstwa Jana Kamyka.
Tę wielostronicową powieść przeczytałam w zaledwie trzy dni, bo nie sposób odejść na długo od tych jakże interesujących i realistycznych postaci i zdarzeń.

Bardzo, bardzo polecam.