wtorek, 24 marca 2020

"Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne" Mikołaj Grynberg


Tytuł: Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne
Autor: Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne
Rok wydania: 2018



Książka jest zbiorem dwudziestu kilku rozmów z dziećmi ocalałych z Holokaustu. Zbiorem, który czyta się powoli, odkładając co jakiś czas, aby nabrać sił po dużej dawce emocji najcięższego kalibru.
Wiele się mówi o ocalałych, ale niewiele o tym, jak te straszne przejścia wpłynęły na życie ich dzieci, a nawet wnuków. 
Mikołaj Grynberg, fotograf i pisarz (autor m.in. Ocalonych wieku XX), z wykształcenia psycholog, w bardzo szczerych, osobistych, często intymnych a nade wszystko trudnych rozmowach przedstawia obraz drugiego pokolenia ocalałych. 
Rozmowy z nimi przeprowadzał od kilku lat, odwiedzając swych rozmówców w wielu krajach (m.in. W Izraelu, Francji, Stanach Zjednoczonych, Polsce). Grynberg jest również dzieckiem ocalałych z Holokaustu, a z rozmówcami łączy go to, „że mieliśmy nie istnieć, bo już naszych rodziców miało nie być” i przez to budzi zaufanie rozmówców, którzy odkrywają przed nim swoje najskrytsze uczucia.
Dużo z tych osób zmaga się z problemami natury psychicznej, z nadmiernym smutkiem, irracjonalnym strachem.
Większość ocalonych zataiła swoją wojenną okrutną historię przed dziećmi, nie wspominając ani słowem o tym. Drugiemu pokoleniu brakuje korzeni. Lili z Tel Awiwu (urodzona w 1947 r.) wspomina, że długo myślała, że słowo "dziadek" to zawód lub instytucja, bo rodzice robili wszystko, aby dzieci myślały, że wcześniej nic nie było. Często rodzice ukrywali, że obecna rodzina jest drugą, bo przed wojną już posiadali małżonków i dzieci, którzy zginęli. Dzieci często przypadkiem dowiadywały się o tym, że rodzic jest ofiarą Holokaustu, albo z opowieści innych, czy też, kiedy oni sami opowiadali o sobie innym. Swoje lęki trzymali dla siebie, a one odbijały się na życiu kolejnych pokoleń. Ich życie codzienne było trudne, obarczone często skrajnymi zachowaniami, dla przykładu: oszczędzanie jedzenia, aby starczyło na dłużej albo wmuszanie jedzenia dzieciom („Nie chcesz kolacji? My w Auschwitz...”); nadmierna troska lub zobojętnienie i zostawianie dzieci samym sobie.
Byli też tacy ocalali, którzy korzystali w pełni z drugi raz ofiarowanego im życia, ukrywając przed dziećmi i otoczeniem, że są Żydami, zmieniali swoje żydowskie imiona i nazwiska.
Oczywiście nie wszyscy ukrywali swoją tragiczną przeszłość, byli też tacy, którzy obarczali swe dzieci wspomnieniami, i jak mówi Lea Wolinetz z Nowego Jorku (urodzona w 1948 r.) „Byłam odpowiedzialna za utrzymanie ich przy życiu”, bo jako jedyne dziecko musiała żyć z ich przedwojenną historią z Częstochowy i ciągle czuła się odpowiedzialna za rodziców. Przejęła ich rolę.

Jeden z rozmówców, mieszkający w Tel Awiwie Jossi (urodzony w 1960 r.)wysnuwa radykalny wniosek, że ci, którzy ocaleli „są największym zwycięstwem Hitlera. Gdyby zginęli, to po nich wszystko by się zakończyło, ale Hitler ich wypuścił. Pozwolił im robić dzieci i dalej psuć świat".

Zapraszam do lektury.

niedziela, 8 marca 2020

"Diabeł chodzi tam na palcach"

Tytuł: "Martwy sad"
Cykl: "Cienie przeszłości"
Autor: Mieczysław Gorzka
Wydawnictwo: Bukowy Las




Coraz trudniej znaleźć interesujący i trzymający w napięciu thriller, więc jestem niezmiernie rada, że „Martwy sad”, pierwsza część cyklu „Cienie przeszłości”, spełnił te warunki.

Na jednym z wrocławskich osiedli dochodzi do makabrycznego zabójstwa kobiety. Na miejsce zdarzenia zostaje skierowany komisarz Marcin Zakrzewski, który ścigając w ciemnościach mordercę, zostaje przez niego zraniony, a przy tym otrzymuje od niego tajemniczy przekaz, że „Widziałem, jak diabeł chodzi tam na palcach”. To zdanie z pozoru pozbawione sensu wzbudziło w Zakrzewskim niepokój, ponieważ te same słowa usłyszał trzydzieści lat temu (w 1981 r.) od dwunastoletniego brata bliźniaka, który wkrótce po tym zaginął w podwrocławskiej wsi Szczepanów, gdzie wówczas mieszkali. Sprawa zaginięcia Ryszarda do dziś jest nierozwiązana. Marcin, postanawiając wrócić do sprawy brata i odkrywa, że już od 1949 roku aż do 1981 r., regularnie co cztery lata we wrześniu, w Szczepanowie lub w okolicznych miejscowościach znikał chłopiec w wieku zbliżonym do Ryśka. Śledztwo zostaje wznowione, tym bardziej że wydaje się, że współczesna sprawa zabójstwa kobiety zaczyna zazębiać się ze starymi zaginięciami.

Książka wciąga od pierwszych stron, powodując dreszcz podświadomego strachu, kiedy razem z Komisarzem odwiedzamy stary sad przy kościele w Szczepanowie, będący miejscem, o którym od dawien dawna krążyły legendy o złu je nawiedzającym. Autor świetnie oddał atmosferę tego miejsca, miałam wrażenie, że za chwilę zza mojego ramienia wyskoczy jakiś ktoś lub coś. Już dawno nie odczuwałam takich emocji podczas lektury. To miejsce przyciąga Marcina niczym magnez, od wielu lat będąc przedmiotem jego koszmarnych snów. Podświadomość daje znać o sobie. Zagrożenie, które dotyka jego najbliższych, potęguje wspomnienia, które budzą pamięć, która wyparła ze swoich zasobów wydarzenia związane z bratem.

Aby nie było tak strasznie, jest i wątek romansowy. Współprowadząca śledztwo Paulina Czerny, to stara znajoma Marcina ze studiów, podczas których nic, oprócz złośliwości wobec siebie, ich nie łączyło. Teraz zupełnie odmienne uczucie wybucha niczym petarda. Wątek ten momentami studzi emocje związane ze strachem, rozluźnia atmosferę, ale mógłby być nieco mniej rozbudowany, chociaż przyznać muszę, że prowadzony jest ze smakiem.

Dużym plusem jest to, że Marcin Zakrzewski różni się od typowych gliniarzy przedstawianych na ogół w kryminałach. Nie posiada rodziny, ale nie jest alkoholikiem po przejściach, budzi sympatię, pozwala się z sobą utożsamiać.

Co prawda, dosyć wcześnie domyśliłam się, kto lub co za tym wszystkim stoi, ale zapewniam, że to absolutnie nie wpłynęło na jakość czytania. Z niecierpliwością czytałam, co będzie dalej, bo do końca jednak nie można było przewidzieć, do czego jeszcze morderca jest zdolny.

Język, którym posługuje się autor, czyni tę powieść przystępną dla czytelników w różnym wieku, czyta się ją bardzo dobrze, jest idealna na odstresowanie po tygodniu pracy, pozwala zagłębić się w świat bohaterów, wbić w klimat grozy i odizolować od rzeczywistości. Aż nie chce się wierzyć, że to właściwie debiut.

„Martwy sad” spełnił moje oczekiwania i dlatego z wielką przyjemnością sięgam po „Iluzję”, kolejną cześć z komisarzem Marcinem Zakrzewskim.

niedziela, 1 marca 2020

Paulina Jóźwik "Strupki"


Tytuł: "Strupki"
Autorka: Paulina Jóźwik
Wydawca: Wydawnictwo Znak literanova
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 256


Świetny debiut pisarski!
Zbyt łatwo opuścić miejsce urodzenia, swych najbliższych i oddać się życiu bez nich, ale jakże trudno jest powrócić do swych korzeni.

Trzydziestoletnia Pola wraca do rodzinnego domu, aby wziąć udział w ostatnim pożegnaniu babki Hani, która odeszła cichutko, bez świadomości kim jest, pokonana przez chorobę Alzheimera.
Babka była najbliższą osobą Poli i jej siostry Ireny, wychowywała je po tym, jak rodzice wyjechali do pracy za granicą. Starsza z sióstr, Irena, niezwykle pragmatyczna, mieszkała z babką na co dzień, biorąc na siebie cały ciężar opieki nad staruszką, która z dnia na dzień coraz mniej pamiętała i kojarzyła. Pola, wrażliwa i zamknięta w sobie opuściła siostrę i babkę, „uciekając” na studia do innego miasta, a po ich ukończeniu została tam i coraz rzadziej odwiedzała rodzinne strony.
Po długiej nieobecności w rodzinnej wsi Pola próbuje odkryć rodzinne tajemnice; ale, czy nie jest już na to za późno? Babcia nie żyje, stara ciotka zbyt skupiona na sobie, niewiele mówi, bo zajęta jest dyrygowaniem innymi. Ludzie zmienili się nie tylko fizycznie, ale też mentalnie, a powrót do dawnej miłości staje pod znakiem zapytania?
Mimo tego, że siostry różnią się, łączy je samotność, bo obydwie nie potrafią zbudować trwałego związku. Śmierć babki zbliża je do siebie, ożywają wspomnienia, konfrontują się z rzeczywistością.
Powieść podważyła strupek w mojej pamięci, powodując krwotok pięknych wspomnień związanych z moją babcią Olą, która podobnie jak babka Hania, odchodziła w niepamięć spowodowaną Alzheimerem. Niektóre opisy jak żywe obrazują moją Babcię (np. „Opatulała się warstwami ubrań, nawet kiedy przypiekało słońce”), w wielu retrospektywnych fragmentach czułam smaki i zapachy wakacji spędzanych u babci oraz babciną bezwarunkową miłość.
To nie tylko rzecz o zanikaniu pamięci, ale też o życiowych wyborach, które zmieniają bieg życia innych ludzi.
Powieść jest pięknie napisana, z dbałością o słowo. Czyta się ją wyśmienicie, z przerwami na własne wspomnienia.
Nasza pamięć nie jest wieczna, rozmawiajmy z bliskimi, zapisujmy ich wspomnienia, bo życie jest nieprzewidywalne.
„Babka umierała długo. Jej pamięć z każdym kolejnym dniem wypalała się jak las. […] Utraciła tożsamość. A wraz z nią wszystkie rodzinne historie...”

Dominika Słowik "Zimowla"


Tytuł: "Zimowla"
Autorka: Dominika Słowik
Wydawca: Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 617


Kolejna młoda polska autorka podbiła moje czytelnicze serce.

Gruba księga z hipnotyzującą okładką przyciąga jak magnes, a jej zawartość wciąga w opowiadaną historię od pierwszych stron.
O „Zimowli” można śmiało powiedzieć, że to „cud, miód i orzeszki". Dosłownie, bo są cudy, i to nawet trzy, przypisywane Maryji Stanowojennej. Jest miód z wielkich rzeźbionych uli o ludzkim kształcie, w którym zatopiony jest klucz do rozwiązania tajemnicy. Może nie ma orzeszków, ale są gruszki, które rosną na „trupich” drzewach, i zjadane są przez szponiaste kury towarzyszki Sareckiej.

Opowieść, z perspektywy upływu kilkunastu lat, snuje młoda Sarecka. Z pozoru jest to sielsko-anielski małomiasteczkowy obrazek Cukrówki przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku oraz roku 2005, w którym to roku ... a co w tym roku się zdarzyło, to trzeba przeczytać, bo Pani Dominika popełniła bardzo dobrą, magnetyzującą powieść, pełną pełnokrwistych, ale nie jednoznacznych postaci. Dorastająca młodzież , naukowiec z zanikami pamięci, ojciec uprawiający magię, babka-komunistka, matka-dyrektorka miejscowego muzeum i niespełniona historyczka, prezes Dygnar trzymający w szachu niemal całe miasto, jego naga córka lunatykująca po dachach, ksiądz i jego dzwonnica (niczym krzywa wieża w Pizie), tajemniczy Pszczelarz i topielec w jeziorze. Mnogość postaci w niczym nie przeszkadza, wchodzący w dorosłość nastolatkowie wydają się bardzo bliscy czytelnikowi.

Niemal każdy skrywa jakiś sekret, dzieją się dziwne rzeczy z pozoru niemające nic wspólnego z rzeczywistością, świat realny miesza się z tym nieznanym, ale czy na pewno?
Małomiasteczkowe układy, układziki, tajemnice, podejrzane interesy, objawienia, babizna przekazywana kolejnemu pokoleniu, szponiaste kury. Całe miasteczko czeka na coś, co może się wydarzyć, ale na co, nikt nie wie.

Powieść czyta się niespiesznie, ponieważ przywołuje nasze własne wspomnienia. Wielkim plusem jest staranność języka, jakim posługuje się autorka, nie ma tu bylejakości. Niektórych czytelników może zniechęcić mnogość opisów, ale mnie to odpowiada, ponieważ ostatnimi czasy zalewa nas „skrótowość” niczym w wiadomościach SMS a ja odczuwam czasami potrzebę zatopienia się w lekturę, zżycia się z postaciami, które wydają nam się znajome.

„Historie takie jak ta przepoczwarzają się, potwornieją, zaczynają żyć własnym życiem. Odrywają się nie tylko od opowiadających, ale przede wszystkim od tych, o których się opowiada.”

Polecam, naprawdę warto.