wtorek, 21 kwietnia 2020

Polski Indiana Jones


Tytuł: "Boski znak"
Autor: Krzysztof Bochus
Cykl: Adam Berg (tom II)
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Rok wydania: 2020
Forma: e-book


Z góry wiedziałam, że spotkanie z Adamem Bergiem (znanym już z „Listy Lucyfera”) będzie bardzo udane. Nie myliłam się. Absolutnie.

Tym razem, dziennikarz śledczy zostaje wynajęty przez grupę najbogatszych Polaków do odnalezienia skarbów ukrytych na Zamku Czocha. Ostatni właściciel zamku, Ernst Gütschow , przy pomocy zaufanych służących, ukrył wspaniałą kolekcję dzieł sztuki i cenny księgozbiór. Podzielił go na trzy części i schował na terenie zamku. Dwie skrytki zostały odnalezione, lecz trzecia do dzisiaj pozostaje w ukryciu.
Ale, nic nie jest takie, jakie się wydaje, osoby, które mogłyby pomóc w rozwiązaniu tajemnicy, giną w tajemniczych okolicznościach. Ktoś prześladuje Berga, bezcześci grób jego matki, podkłada narkotyki...

Akcja jest dynamiczna, wiele się dzieje, są pościgi, porwania, tajemnicze morderstwa, tajemnice, układy, intrygi. Drogi śledztwa wiodą nie tylko przez Polskę, lecz też przez Włochy, Niemcy, a nawet Bahamy.
Śmiało mogę stwierdzić, że główny bohater to taki prawie Indiana Jones, tylko w polskim wydaniu. Jest przystojny, jak bez mała Harrison Ford, ma równie szeroką wiedzę z zakresu historii sztuki; ale, niestety, nie jest tak sympatyczny, jak Indiana. Kobiety lgną do niego jak do Jamesa Bonda, próbując go wykorzystać. Z Bondem łączy go siła i odwaga, podnosi się prawie po każdej porażce. Słucha dobrej muzyki, m.in. Orkiestry Męskiego Grania. Ale bywa też irytujący, wręcz obsesyjnie myje ręce. Stop. Obsesyjne mycie rąk w czasie pandemii jest raczej zaletą, prawda?

Krzysztof Bochus to kolejny pisarz, który nie uprawia „bylejakości" językowej, szanuje czytelnika i dba o jego komfort. Również dbałość o szczegóły i o fakty historyczne zasługuje na pochwałę, widać w tym kunszt dziennikarski.




środa, 15 kwietnia 2020

"Wotum" Maciej Siembieda



Tytuł: Wotum
Autor: Maciej Siembieda
Wydawnictwo Agora
Rok wydania: 2020



Maciej Siembieda długo kazał czekać na kolejne spotkanie z sympatycznym prokuratorem IPN Jakubem Kanią. Swą nową opowieść oparł na kanwie prawdziwych wydarzeń współczesnych i faktów historycznych łącząc je w wyważony sposób z fikcją literacką.

Udało się to znakomicie, bo nie sposób jest oddzielić prawdę od fikcji. Akcja powieści rozpoczyna autentycznym zdarzeniem, które miało miejsce 9 grudnia 2012 r. kiedy to doszło do zamachu na Jasnogórski obraz Matki Boskiej. Przed zniszczeniem obraz uratowała pancerna szyba. Definitor zakonu Paulinów podejrzewając działanie tajemniczej sekty, dyskretnie angażuje Jakuba Kanię do rozwiązania zagadki. Jak to bywa u Pana Macieja, trop wiedzie ku odległej przeszłości, gdzie zaczyna się za czasów króla Jana Kazimierza, by skończyć się współcześnie. Niemal każdy zna „Potop” Henryka Sienkiewicza i opis bohaterskiej obrony Częstochowy, a „Wotum” otwiera nam oczy, dostajemy prawdziwy obraz oblężenia Jasnej Góry. Odwiedzamy z prokuratorem Kanią paryskie opactwo Saint-Germain-des-Prés, gdzie przebywa brat Roger, przeciwnik handlu dewocjonaliami; aby w końcu znaleźć się w małej wiosce gdzieś na Opolszczyźnie. Tam, podczas potopu szwedzkiego, ukrywany był obraz Czarnej Madonny, a co najważniejsze, do dziś jest tam wierna kopia tak ważnego dla polaków obrazu. Jednakże istnieje duże prawdopodobieństwo, ze w tym kościółku znajduje oryginał, a nie kopia obrazu. Jakub nie byłby sobą, gdyby nie zainteresował się tym wątkiem śledztwa. Sprawa komplikuje się, gdyż do sprawy włącza się dyskretnie Kościół, któremu działania Kani, delikatnie mówiąc, nie pasują. Po drodze mamy handel dewocjonaliami, kradzieże dzieł sztuki, porwania, Szamana stojącego na czele Wspólnoty-sekty leczącej bioprądami i lewoskrętną witaminą C (brzmi znajomo, prawda?).

„Wotum” to doskonałe połączenie powieści sensacyjnej z faktami historycznymi i obyczajowym wątkiem Jakuba. Życie prywatne niezwykle inteligentnego, spokojnego i rodzinnego prokuratora uwielbiającego eklerki i kawę, nawiedzi istne trzęsienie ziemi, które wyciśnie z czytelnika łezkę.

Jestem niezmiernie rada, że pan Maciej nie tworzy swych powieści w stylu i tempie iście olimpijskim. Powieść czyta się doskonale, spokojnie, ale z niezmierną ciekawością. Cenię u Autora dbałość o szczegóły (lecz bez dłużyzn), bazowanie na faktach historycznych, pobudzanie ciekawości czytelnika i tę normalność pozwalającą identyfikować się z bohaterem. Nie ukrywam, że autor rozbudził moją ciekawość, a wręcz zmusił (co było dla mnie przyjemnością) do poszukania i „doczytania” o faktach przedstawionych w powieści. Dzięki Google mogłam przyjrzeć się miejscom odwiedzanym przez Jakuba, oglądać z nim obrazy.

Uwielbiam wysmakowane pióro Macieja Siembiedy, kiedy trzeba ostre, zadziorne, ale też urocze, pełne humoru („Jeśli rzeczywiście ludzie pochodzą od małpy, to prokurator Jakub Kania pochodził od beagle'a, a raczej-biorąc pod uwagę skłonność do nadwagi – od basseta”.).

To powieść, którą należy przeczytać, nawet jeśli wcześniej nie czytało się poprzednich części. Jednakże namawiam, abyście skusili się na „444” i „Miejsce i imię” - nie zawiedziecie się.